W czasach, gdy słowa i gesty znaczyły więcej niż dziś, a ludzie zwracali uwagę na piękno otaczającego ich świata, do mediolańskiej pracowni mistrza Trevino trafił młody Pan Popi.

Początkowo miał być tylko maskotką pracowni mistrza, lecz okazało się, że jego zręczność idzie w parze z talentem designerskim.

Stary mistrz Luigi Trevino dożył sędziwego wieku, jednak ostatnie lata życia spędził w towarzystwie swojego pupila. Przy boku mistrza Pan Popi wiele się nauczył i wiele podpatrzył.

Po śmierci starego Luigiego Pan Popi stał się właścicielem firmy, nadał projektom swój sznyt i postanowił rozwinąć interes.

Gnany ciekawością świata Pan Popi postanowił przenieść siedzibę firmy. Śmietanka włoskiej finansjery, globtroterzy i handlowi doradcy różnej maści długo radzili, aby nową lokalizacją firmy stała się Bolonia. Rozkojarzony Pan Popi zamiast Bolonia usłyszał Polonia i niewiele myśląc przeniósł biznes do Polski.

Początkowo miał pewne problemy językowe. Gdy w restauracji chciał zamówić makaron, to z przyzwyczajenia krzyczał po włosku "pasta". Dziwił się za każdym razem, gdy kelner przynosił mu pastę... z łososia.

Pan Popi przekonał się do Polski dopiero, gdy rozsmakował się w kiełbasie. Początkowo jej kształt przypominał mu ukochane banany, ale gdy zatopił zęby w kiełbasie zwyczajnej, na dobre zapomniał o dotychczasowych smakołykach. Odkąd zaczął grilować, stał się prawdziwym Polakiem i na dobre wtopił się w otoczenie.

Wielu znawców designu wróżyło szybki koniec firmy Pana Popiego na polskim rynku. Czas pokazał jak bardzo się mylili.
Kiedy dziennikarze pytają go o przyczynę jego sukcesu, on bez skrępowania odpowiada: - Staram się nie małpować innych.

Dojrzałem artystycznie i nie w głowie mi małpie figle. Wyczucie artystyczne wyniosłem jeszcze z czasów praktykowania u Maestro Treviniego w Milano i myślę, że on dziś byłby ze mnie dumny.